niedziela, 14 kwietnia 2013

Dziś o okradaniu miasta


Wczoraj był piąteczek, a w piąteczek wszyscy jesteśmy zwycięzcami, tak głoszą blogerzy Make Life Harder. Zdecydowanie jest to prawda, jednak piąteczek ma to do siebie, że przychodzi po nim sobota, a w sobotni poranek niemal wszyscy jesteśmy przegrani. W takich momentach, wisząc między snem a jawą, między imprezą i szarą rzeczywistością należy wykonać jakieś zajęcie mało obciążające umysł, o którym powiedzieć, że pracuje to gruba przesada, a jeśli już to w trybie stand-by.

Do zajęć takich należą oglądanie telewizji, zabawa z kotem lub przeglądanie Facebooka. Jako że telewizji nie mam i mam za to alergię na kocie wszystko, pozostało mi trzecie rozwiązanie. Podczas przeglądania zdjęć oraz statusów osób bardziej i mniej mi znanych  natrafiłem na post znajomego znajomej (to chyba pierwszy raz, kiedy użyłem tego określenia do opisania kogoś, kto faktycznie istnieje), w którym narzekał on na to, że sprawa ładowania kart miejskich w Warszawie stała się głośna i w związku z tym będzie miał problem z ładowaniem swojej karty w ten sposób. Zresztą, sami zobaczcie:

 

Osobom, które nie są z dużych miast lub po prostu nie używają kart miejskich, wytłumaczę ten proceder. By w Warszawie wykupić bilet długookresowy, należy mieć kartę miejską, która jest zbliżeniowa. Jako że na rynku w ostatnich miesiącach pojawiło się mnóstwo smartfonów wyposażonych w moduł NFC, wiele osób postanowiło skorzystać z nich i samodzielnie programować swoje karty miejskie tak, by nie musieć płacić za bilety. Zaprogramować kartę miejską jest naprawdę łatwo, niestety nie podzielę się z Wami informacją na temat, jak to zrobić, gdyż nie chcę rozpowszechniać tego procederu.

Wracając do meritum sprawy, zadziwia mnie głupota Pana powyżej i osób komentujących go, którzy wypowiedzieli się w publicznym statusie. Szczerze mam nadzieję, że niebawem osobami takimi po prostu zajmą się urzędnicy i będą wyłapywać osoby, które okradają (nie bójmy się tego słowa) i w głupi sposób chwalą się tym na Facebooku. Skoro było to możliwe w przypadku osoby, która publicznie znieważyła Papieża, to czemu nie zastosować tego wobec złodziei? Jeśli oprócz tego raz na jakiś czas będzie się sprawdzać skanowane numery skanowanych biletów zbierane przez kontrolerów i na bramkach, a następnie porównywać je z bazą faktycznie sprzedanych przez miasto kart, proceder ten może niebawem całkowicie zniknąć.



Z kolei osobom, które i tak chcą okradać wszystkich mieszkańców Warszawy, mam prośbę. I nie, nie chodzi mi o to, byście przestali to robić. Tę kwestię niech każdy rozwiąże w swoim sumieniu. Jak już to robicie, to najlepiej nie chwalcie się tym, na pewno nie na Facebooku. A jak już to robicie, to kliknijcie przed napisaniem posta w ikonkę ustawień i dostępność posta z „Publiczne” na „Znajomi”. I nie namawiam nikogo po to, bo mi kogoś żal, tylko po to, by nie namawiać innych do kradzieży.

Zmian w widoczności posta możecie zaniechać, jeśli macie mnie w znajomych, bo wtedy i tak na was doniosę. Tak, sypię na koleżków, rozpruwam się na psach, donoszę jak stary pracownik Urzędu Bezpieczeństwa. Nazwijcie to jak chcecie. Mówimy tu o okradaniu miasta i każdego, kto dokłada wspólną cegiełkę do opłacania komunikacji miejskiej, która i tak w 70% jest opłacana przez miasto.

Przepraszam za aż nazbyt luźny ton tej wypowiedzi, ale sami rozumiecie – sobota.

środa, 6 lutego 2013

Wyśpiewaj sobie trójkę z Pulsem Politechniki!

Gdy wszystkie poprawy zawiodą, warto łapać się ostatniej deski ratunku. Gdy uwalicie ostatnie kolokwium z Mechaniki lub Wytrzymałości Materiałów, po prostu weźcie gitarę i pójdźcie zaśpiewać. Wieść niesie, że kilku osobom w ten sposób udało się zaliczyć cały rok w jeden dzień. Śpiewać na melodię "Nie zostawiaj mnie" Tomasza Karolaka, doskonałego polskiego aktora, którego pozbawiony talentu brat bliźniak cały czas gra w komediach romantycznych i filmach pokroju "Kac Wawa".


Nie uwalaj mnie,
Nie uwalaj mnie, bo...
Mam warunek, nie wiem jak to zaliczę..
Nie uwalaj mnie, ja tak dobrze znam to,
Swej przyszłości teraz bardzo boję się...

Nie uwalaj mnie...

Ty nie wiesz, jak trudno budowlańcem być,
Dachówką dachy ciągle kryć,
I ciągle utyranym być,
Przepraszam, za belki pękające już,
Za mosty walące się w gruz,
Za ten projekt com Ci niósł,
Uciekam już...



Nie uwalaj mnie,
Brukowaną drogą,
Szedłem po zaprawę, aż spotkałem Cię,
Nie uwalaj mnie...
Daj pomocną rękę,
Wpisy do indeksu, tego tylko chcę,

Nie uwalaj mnie...


Ty nie wiesz, jak trudno budowlańcem być,
Dachówką dachy ciągle kryć,
I ciągle utyranym być,
Przepraszam, za belki pękające już,
Za mosty walące się w gruz,
Za ten projekt com Ci niósł,
Uciekam już...

wtorek, 5 czerwca 2012

Politechnika - ekskluzywny klub najbogatszych


Jak powszechnie wiadomo, studenci są jedną z najbogatszych części społeczeństwa. Już od pierwszego roku wiedzą co to kawior i szampan. Prawdziwy student jeździ tylko Bentleyem, a na ręku ma co najmniej pięć Roleksów.  

Powyższy krótki opis oczywiście to licentia poetica, wymysł. Żałujemy jednak, że nasz były rektor żyje w świecie ułudy, a jego ostatnim życzeniem było znaczne (3 lub nawet 4-krotne) podwyższenie opłat za powtarzanie przedmiotów. Nie musimy chyba podkreślać, że podwyższenie opłat za cokolwiek  powinno wynikać z podwyższenia się jakości świadczonych usług lub zwiększenia kosztów prowadzenia danej działalności. Mimo szczerych chęci nie zauważyłem pierwszego wymienionego zjawiska. Politechnika Warszawska nadal jest tym samym skansenem, w skład którego wchodzą stare budynki i stary sprzęt laboratoryjny. Przez wrodzoną kulturę nie mogę wypowiedzieć się negatywnie o kadrze nauczającej, więc określę ją jako konserwatywną w swoich poglądach. Skoro nie podwyższyła się jakość prowadzonych zajęć, to może zwiększyły się koszty prowadzenia zajęć? Niestety nic nie wiadomo mi na temat nagłych podwyżek płac nauczycieli akademickich czy kosztów utrzymania budynków Politechniki Warszawskiej. Gdybym nie wierzył w czystość intencji naszej Alma Mater, pomyślałbym, że ktoś chce nas wydymać bez mydła, serio.

 Średniej klasy student oczami rektora.

Warto sprawdzić, ile uczelnia zarobi za każdą godzinę powtarzanych zajęć. W każdej sali zapewne będzie siedzieć co najmniej 30 osób, z których każda będzie płacić 30 zł za godzinę zajęć. Każdy student każdej Politechniki po wykonaniu prostego równania dojdzie do wniosku, że za każdą godzinę uczelnia zainkasuje 900 zł. Zaufany nauczyciel akademicki powiedział nam, że za godzinę zajęć otrzymuje 30 zł. 870 zł na czysto za godzinę zajęć to stawka sporo wyższa niż za nocleg w Sheratonie. Mam nadzieję, że oprócz wody, prądu i ogrzewania do budynków doprowadzi jeszcze Burbona w nieograniczonej ilości. Wtedy zgodzę się na taką opłatę. Jeśli nie Burbona, to może chociaż działający, nielimitowany Internet? Niestety nie możemy na to liczyć. Złapanie zasięgu WiFi w większości gmachów jest trudnościowo porównywalne ze złapaniem muchy w pałeczki do sushi. Gdy to uczynisz, będziesz w stanie zrobić wszystko.Wszystko poza wejściem za pomocą tego Internetu na Gmaila.

Kiedyś złapię WiFi!

Ciekawe jest też to, że uczelnia chce nas zmusić do płacenia za wykłady. Za godzinę wykładu mamy płacić całkiem dużo, jednak można byłoby to przełknąć, gdyby nie jeden fakt. WYKŁAD Z NATURY JEST NIEOBOWIĄZKOWY. Czemu więc mam za ten wykład płacić? Czy tylko ja widzę tu zero logiki?
Z ciekawości warto też zainteresować się stawkami, które za godzinę zajęć będą płacić osoby bez praw studenta. Nowy cennik nic nie mówi o płaceniu za godzinę wykładu, zaś za godzinę ćwiczeń ustala stawkę 20 zł, o 10 zł niższą niż w przypadku studenta dziennego. Myślałem, że osoby zdobywające wyższe wykształcenie piętnowano w czasach PRLu. Jak widać, niektórzy nadal żyją przed rokiem 1989, gdzieś w okolicach lat 1967-1984.

 Płacenie za nieobowiązkowe zajęcia jest jak picie z pustej butelki. Tyle samo sensu.

Reasumując, podwyżka cen zatwierdzona przez rektora można określić pewnym cytatem z klasyka, a mianowicie „TO JEST, KURWA, SKANDAL”. Nic nie usprawiedliwia podwyżki (zwłaszcza tak wysokiej). Rektor wprowadzając taką podwyżkę nich pamięta o studentach takiego wydziału jak MEiL, wśród których ogromny odsetek jest zmuszony powtarzać po kilka przedmiotów.  Cena za nie wyniesie łącznie kilka tysięcy złotych. Sądzę, że dzięki temu wiele osób zrezygnuje ze studiów na Politechnice Warszawskiej, a nawet jeśli tego nie zrobią, stracą do swojej uczelni marne resztki szacunku, które jeszcze do niej mają.

poniedziałek, 5 marca 2012

Politechnika - oczekiwania a rzeczywistość

Większość z nas wybierając studia na Politechnice zapewne spodziewała się niestworzonych rzeczy. Lata oglądania zagranicznych seriali sprawiły, że po ogłoszeniu wyników rekrutacji złapaliśmy Pana Boga za nogi. Spodziewaliśmy się godzinnych dysput akademickich, kół naukowych, ciekawych zajęć, zaangażowania prowadzących oraz programu nauczania, który doskonale przygotuje nas do pracy. Jakże się myliliśmy. Politechniczna rzeczywistość niestety znacznie różni się od ułudy, którą najpierw wpajała nam mama mówiąc „Ale Piotrek ucz się i skończ studia, bo studia najważniejsze. Mięso zjedz, ziemniaki zostaw. Umyj ręce i do kościoła, bo tłusty czwartek”, aż sami zaczęliśmy w to wierzyć i powtarzać jak mantrę. Podejście pracowników naukowych oraz studentów idealnie obrazuje zasłyszany, krótki dialog:

Wydział Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej - prawie jak Oxford

„-Nie, nie możemy zrobić dodatkowego terminu (egzaminu – red.). Wszystko ma swoje granice, nie jesteśmy żadnym Oxfordem.
-Zauważyłem.”

Często można spotkać się z opinią, że studenci to ostatnie szumowiny, które nie mają szacunku do uczelni, wykładowców, matki, ojca i chomika. Na swoim przykładzie muszę przyznać, że rzeczywiście tak jest. Ale jak wiadomo, ryba psuje się od głowy. Zapewne nigdy nie doszłoby do takiej sytuacji, gdyby nie zachowanie niektórych wykładowców. Oto najciekawsze zachowania prowadzących, z którymi udało się spotkać znajomym redakcji:

Pierwszy rok studiów, ostatni termin konsultacji przedmiotu „Rysunek Techniczny i Odręczny I”. Pośród ławek siedzi student i dokańcza ostatnią pracę, którą miał tego dnia oddać. Pot leci mu z czoła, ślina kapie mu z ust, a z nogawki co jakiś czas wytacza się śmierdzący klocek. Krótko mówiąc, chłopak poświęcił wszystko, by zdążyć i oddać pracę na czas. Kwadrans przed końcem zajęć profesor wchodzi do sali i rozgląda się po niej. Gdy już ma zamykać drzwi, student pyta, jak długo jeszcze będzie. Powiedział, że już go nie ma. Miał rację.

"I studenci weszli, i sprawdzili. I co Pan mówił, było prawdą. Zniknął, by objawić się po trzech dniach, gdy bramy dziekanatu będą zamknięte, a indeksu nie będzie można zdać." Żk 5-12-3

Trzeci rok studiów, „Architektura”. Prowadzący przez pół roku zgłaszał jedynie drobne poprawki do pracy, by tydzień przed końcem semestru powiedzieć, że wszystko jest źle. Projekt oczywiście nie został zaliczony. Z kolei na poprawie projektu ta sama osoba  zostawiła pracę i życzyła sprawdzającemu miłego dnia. Bez zerknięcia na kartki prowadzący odpowiedział: „Chciałbym Panu życzyć tego samego, ale w Pana przypadku będzie to raczej niemożliwe” . Prawdą jest, że studia to pierwsze w życiu miejsce, gdzie mówią do Ciebie per Pan i traktują Cię jak gówno. Prowadzący spuszczając wodę pewnie patrzą w głęboką toń i krzyczą radosne „Żegnam szanownego Pana”. Idę o zakład.

Prowadzący niekiedy odnoszą się do studentów w sposób mało kulturalny.

Kolejny przypadek to przykład recydywisty. Prowadzący ćwiczenia z „Hydrologii” nie chciał pozwolić na dopytywanie na ocenę dostateczną, gdyż kłóci się to z jego zasadami. Co prawa tylko krowa nie zmienia zdania, ale jestem ciekaw, jakim cudem z zasadami nie kłóciło się sprawdzanie kolokwiów przez pięć tygodni, zgubienie jednej grupy pytań i wstawienie wszystkim po pięć punktów na dziesięć (nawet jeśli osób zainteresowanych nie było tego dnia na uczelni) czy odwołanie ostatniego terminu konsultacji. Z chęcią poznałbym system wartości tego Pana.

Prowadzący od Hydrologii i jego system wartości

Oczywiście można powiedzieć, że nie wszyscy prowadzący są tacy. Jest to prawda. Zdarzają się ludzie mili, wyrozumiali, z darem do nauczania. Jednak nie jesteśmy tu od głaskania po głowie, tylko od pokazywania politechnicznych patologii, których niestety nie brakuje.

A was co wkurwia w waszej Politechnice?

czwartek, 1 marca 2012

Sesja na Politechnice

Jeśli nie dziwicie się, że o sesji piszemy dopiero pierwszego dnia marca, to nie jest miejsce dla Was. Dobrze wiemy, że studenci Marketingu, Turystyki, Zarządzania Psią Kupą oraz Europeistyki są w trakcie zimowej sesji poprawkowej. Oczywiście sesja na Uniwersytecie jest o niebo łatwiejsza niż na Politechnice, musimy to przyznać. Przecież powszechnie wiadomo, że nikt nie boi się egzaminów, poprawek, składania projektów ani łażeniem za wpisami. Tak naprawdę zżera nas stres przed możliwością zakończenia swojej światłej kariery już na początku, boimy się, że spadniemy zanim na dobre rozwiniemy skrzydła. Studenci uniwersytetu tego stresu nie mają, tak samo jak nie mają przed sobą żadnej przyszłości. Oczywiście bierzemy pod uwagę nieliczne jednostki, które zostaną prezydentami, urzędnikami oraz dziennikarzami. Nie mogły one zostać etatowymi pracownikami MacDonalda tylko z jednego powodu: Gdyby cała inteligencja ucząca się na gównokierunkach wybrała tą ścieżkę swojej kariery, przeciętny mieszkaniec USA byłby u nas uznawany za okaz zdrowia, a w wagonie metra mieściłyby się maksymalnie trzy osoby.

Humanista świeżo po studiach. W ogóle po studiach.

O dziwo, sesja nie jest to najgorszy okres w czasie roku akademickiego. O niebo gorszy jest okres przedsesyjny, gdy na sile przybierają wszystkie najgorsze omeny studiów. To jest czas oddawania projektów, pisania kolokwiów oraz zdobywania wpisów. Właśnie w tym czasie możemy zobaczyć zapłakane dziewczyny wybiegające z gabinetów. Cieszą się, że będą mogły kontynuować studia, ale przytłacza je świadomość, że nie tylko one tego wieczoru zaliczyły. Cała studencka gawiedź ucieka w świat narkotyków, przygodnego seksu i alkoholu. Niedoświadczony obserwator, powie, że to nic dziwnego. Owszem studenci na co dzień spożywają dużo alkoholu, ale tylko przed i w czasie sesji robią to na smutno.

Jak to tylko 3? Tak się starałam!

„Błogosławieni  Ci, którzy uczą się regularnie i projekty w terminie oddają. To im dany będzie spokój i radość w czasie ostatecznym.” – Słowa świętego Patryka z Włoch, zazwyczaj wyśmiewane, dwa razy do roku okazują się być w pełni autentycznym  przekazem. Gdy większość studentów tygodniami koczuje pod pokojami swoich prowadzących tylko po to, by móc przed nimi się ukorzyć i oddać swój robiony przez ostatni tydzień semestralny projekt, nieliczni śmieją się z nich i oddają cielesnym uciechom. Osoby te to jednostki wyklęte ze społeczności akademickiej. Są punktualne, dobrze wychowane, zorganizowane i w pełni poświęcają się uczelni. Kiedyś to oni zasiądą po prawicy rektora i będą tępić normalnych studentów, takich jak my. Nigdy nas nie zrozumieją, umrą z przeświadczeniem, że robią coś dobrego. Jakże się mylą.

Studenci tygodniami czekający na konsultacje często budują prowizoryczne schronienia.

Wielu kusi możliwość wolnej sesji. Są w stanie w zamian za to spróbować wykonać wszystkie projekty w terminie i nauczyć się do zerowych terminów egzaminów. Chwała tym, którzy nie poddali się i zostawili wszystko na ostatni dzień. Może będą się męczyć w sesji, może nawet czeka ich kampania wrześniowa, ale najważniejsze jest to, że nie przeszli na stronę wroga. Oni wiedzą, że lekkie życie niekiedy musi być ciężkie.
Typowy student w czasie sesji

Jak uchronić się przed sesją jednocześnie bawiąc się przez cały semestr? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi.  By zdobyć satysfakcjonujący wynik minimalnym nakładem pracy konieczne będzie użycie fortelu. Przydadzą się nam wysoko rozwinięte zdolności dyplomacji (Jak ładnie Pan się w tym pokoju urządził!), trochę szczęścia (Jak to masz taki sam projekt jak ja?!), wrodzony spryt (a może zeskanować  cudzą kartę, wkleić swoje nazwisko i oddać jego projekt?) oraz odpowiednia organizacja czasu (jeśli będę się uczył po 26 godzin przez trzy dni… Kurwa). Jak widać, zadanie to nie jest łatwe, ale na zwycięzców czeka możliwość dalszego studiowania. Nie da się ukryć, że kucie przez kolejne pół roku i napierdalanie równań różniczkowych dzień w dzień jest raczej kiepską rozrywką, jednak do sytuacji należy podchodzić bardziej dalekosiężnie. Po uporaniu się z całymi studiami będziemy mieli coś cenniejszego: satysfakcję, że udało się wam wejść w dupę lwa i dumnie wyjść jego gębą. Co prawda wali się po tym niemiłosiernie i ma się spaczoną psychikę do końca życia, jednak nie da się ukryć, że jest to wyczyn niepodlegający żadnej dyskusji. Pięciocyfrowe zarobki będą tutaj tylko dodatkiem, który będzie mógł podkreślić naszą zajebistość. 

sobota, 28 stycznia 2012

Wydymała - Czasami naprawdę trudno wytrzymać

Gdy spytasz studenta Inżynierii Lądowej o najgorsze przeżycia, jakich kiedykolwiek doświadczył, niemal każdy odpowie Ci stłumionym głosem i ze łzawiącymi oczami: „Wydymała”. Zapewne wielu z Was pomyślało teraz o ważącej 140 kilogramów Niemce z gumowym penisem wesoło machającym się na wszystkie strony świata. Nie, nie chodzi o to. Wydymała to po prostu nieoficjalna nazwa jednego z najciekawszych i najpiękniejszych  przedmiotów inżynierskich: „Wytrzymałości Materiałów”. Opisanie odczuć związanych z nim zajęłoby zbyt wiele miejsca, więc postaram się możliwie je skrócić. Otóż gdyby wspomniana wyżej Niemka jebała was w dupę przez tydzień bez przerwy, byłoby to niewinną igraszką w porównaniu z piętnem, które odkłada się w umyśle po przejściu pierwszej, półrocznej części kursu tego cudownego przedmiotu.

Przeciętny student widziany oczami
prowadzących

Bynajmniej nie jest prawdą fakt, iż jest to przedmiot szczególnie skomplikowany. Siła, moment, całeczka, wykresik, siła, moment, całeczka, wykresik… i tak do usranej śmierci. Jednak prowadzą go osoby, dla których żadnym problemem nie byłoby zrobienie rocznego kursu wiązania sznurówek, uwalenie na nim 250 osób, zabranie im obuwia do czasu zaliczenia tego przedmiotu oraz zmuszenie do zapłacenia 450 zł w celu uzyskania możliwości repety.
On nie rozwiązał czterech ram/krat/łuków w 90 minut
W czym więc tkwi trudność zaliczenia wytrzymałości materiałów? Po pierwsze, czas. Nie wiem kiedy ktoś, kurwa, zrozumie, że jeśli 90% ludzi bez problemu oddaje bezbłędnie zrobiony projekt, a następnie upierdala kolokwium obejmujące dokładnie ten sam zakres materiału, to oznacza, że po prostu jest za mało czasu na zrobienie tych zadań. Ludzie, do chuja Pana, naprawdę w życiu nikt nie będzie nam kazał rozwiązywać krat, ram i łuków w maksymalnym czasie 22.5 minuty każdy. Jak nie damy rady tego zrobić, nikt nam nie zabije rodziny, nie wykorzysta weksla z naszym nazwiskiem, nie zniszczy naszego wizerunku, nie spali nam kota i nie zgwałci domu. Pomijam fakt, że wszystkie obliczenia wykona za nas komputer, bo faktycznie powinniśmy wiedzieć, w jaki sposób on to liczy. W przeciwnym wypadku będziemy zachowywać się jak profesjonalny fotograf, który ma okulary zerówki, ładny kapelusz oraz aparat za pięć tysięcy, którym napierdala zdjęcia w trybie auto. Niby można, ale jak to, do kurwy nędzy, wygląda?
Kultowa już grupa Kaliber44 poświęciła
jeden utwór pomyłkom podczas obliczeń
Drugim problemem jest coś, co znajomy doktor określa zaskakującą nieporadnością matematyczną. Nie chodzi tu o brak umiejętności rozwiązywania całek, a o pomylenie minusa z plusem, tudzież mnożeniem, dzieleniem czy innym, kurwa, znaczkiem.  Niestety nikt nie jest w stanie zrozumieć tego, że podczas żonglowania na pewno kiedyś się pomylimy i jakaś pierdolona kula spadnie nam na nogę. Co więcej, poniesiemy tego konsekwencje, bo noga ta będzie nas kurewsko boleć. Ale nam nie odpadnie, co próbują nam wmówić osoby sprawdzające prace w sposób zero-jedynkowy. Działa albo nie. Żyje, albo umiera. Ujebie albo nie ujebie. Rybka albo akwarium. No ja pierdolę, trochę wyrozumiałości! Kurwica trafia tym większa, że prowadzący mylą się na potęgę. Plus, minus, razy, podzielić, gigapaskal, megapaskal, dla nich to nie ma żadnego znaczenia. Po nastym jebnięciu się w obliczeniach w przeciągu kwadransa najlepiej jest uśmiechnąć się i powiedzieć „ Mylić się jest rzeczą ludzką”. NO KURWA BARDZO CIEKAWE, MÓW MI TAK JESZCZE, TO JEST MIÓD DLA MOICH USZU. A potem ujeb mi kolokwium. Bo student, w przeciwieństwie do prowadzących, człowiekiem chyba nie jest i wszystko co ludzkie jest mu obce. Także pomyłki.

Mylić się jest rzeczą ludzką

Ostatnia rzecz, która wkurwia studentów w Wytrzymałości Materiałów to kultura prowadzących i luźne podejście do swoich obowiązków. Naginanie regulaminu tak, by przedmiot ujebało 70% zamiast 50% studentów, brak podanych informacji na temat sposobu przeprowadzania egzaminu poprawkowego z zakresu całości materiału, ba, nawet godziny jego rozpoczęcia. Bardzo ciekawa jest również odpowiedź na prośbę o wysłanie wyników kolokwium o treści: „Panu to akurat nie wyślę”. Gdy widzi się coś takiego, mimo że nie jest skierowane bezpośrednio do mnie, aż chce się odpowiedzieć równie kulturalnie:

„Szanowny Panie,
Dziękuję za łaskawe poinformowanie o Pańskiej decyzji.
Pies z Panem tańcował,
Zainteresowany student”



Tańczący pies

Jednak wytrzymałość materiałów ma też jedną, ale niepodważalną zaletę. Pozwala odnawiać stare znajomości i zawierać zupełnie nowe. Tylko tam spotkamy starych przyjaciół, którzy do sali  egzaminacyjnej chodzą częściej niż osoba z permanentną sraczką do toalety. Tam też poznamy nowych adeptów wytrzymałości materiałów, którzy jeszcze nie wiedzą co ich czeka.
Jak widać, Wytrzymałość Materiałów prowadzi do frustracji. I jeśli kiedykolwiek wam zdarzy się nie zaliczyć tego pięknego przedmiotu, tak jak mi się to już udało, wyraźcie swoje emocje, na przykład za pomocą wiersza, lub chociaż jego ubogiej transwersji takiej jak ta:

I ty doktorze, profesorze,
Co masz się za pępek świata,
Zaliczyć kolokwium nie możesz,
Choć nikt ci tego nie zabrania.
Żeby szlag cię jasny strzelił
I twą politechniczną trupę,
Masz w butach słomę na znak wiejski,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Pierwotna wersja utworu

Kiedyś się uda. Jak nie teraz, to jutro. Albo w ogóle. Ale nie można się poddawać i dawać tym chujom chociażby krzty satysfakcji. Obiecuję Wam, że trafią oni do piekła, w którym będą siedzieć i napierdalać te ramy bez kalkulatora. I nie będą mogli nawet policzyć występujących w nich reakcji. Aż do końca świata i jeden dzień dłużej. Aż do momentu, w którym Bóg i Jerzy Owsiak powiedzą, że czas rozjebać ten burdel. Czego wam i sobie życzę.

Redakcja Pulsu Politechniki

środa, 16 listopada 2011

Kim być jedenastego listopada?

Wielu studentów Politechniki pyta nas, którym marszem lepiej iść jedenastego listopada. Co prawda tegoroczne marsze już się odbyły, ale warto przygotować się na przyszłoroczną imprezę. Lepsza jest postawa patriotyczna czy otwartość? Otóż każdy prawdziwy student na pytanie o poglądy powinien odpowiedzieć , że nie interesuje się polityką, a tak w ogóle to chodź na piwo bo dzisiaj w klubie wjazd za dziesiątkę i można pić do woli, i może uda się coś wyrwać, e! Jednak jeśli ktoś chce się wyróżnić z szarego tłumu i pochwalić się swoimi poglądami, powinien wybrać jakąś opcję, chociażby przez rzucenie kapslem. Po piwie oczywiście.

Kim być?

Jeżeli jednak nie chcecie pozostawiać tak ważnego wyboru ślepemu losowi (prawda jest taka, że zazwyczaj działa on jak chory na padaczkę człowiek z piłami łańcuchowymi zamiast rąk), możecie przemyśleć tą decyzję. 

Ślepy los - zdjęcie portretowe

Gdy jesteś mieszkańcem wioski lub małego miasta (poniżej 100 000 mieszkańców), prawdopodobnie przyjechałeś do Warszawy, bo rodzice spakowali w nocy Twoje rzeczy i śpiącego wsadzili do pierwszego PKSu jadącego w kierunku Stolicy. Najbardziej wykwintnym daniem jakie jadłeś jest schabowy w bułce, a za największe osiągnięcie techniki uważasz zeszłoroczne doprowadzenie ciepłej wody do Twojego domu. Jak widać, nie wygląda to najlepiej. Dlatego, gdy nowo poznana osoba poprosi Cię, byś powiedział kilka zdań o sobie, nie mów, że jesteś wieśniakiem z Hryniewicz obok Juchnowca Kościelnego pod Białymstokiem, tylko osobą szanującą tradycyjny model rodziny.

Typowy student ze wsi/miasteczka

Jeśli wyłamujesz się z tego opisu i pochodzisz z dużego miasta, zapewne spodoba Ci się postawa otwartości. Oznacza ona, że interesujesz się polityką, sztuką i biznesem, oraz nie masz nic przeciwko homoseksualistom, zwłaszcza że są nimi Twoi rodzice oraz Ty sam. Kolejne symptomy, które mogą Cię zakwalifikować do tej grupy osób to fakt, iż nawet zupę pomidorową wpierdalasz z kubka ze Starbucksa oraz jesteś w stanie odróżnić Dubstep od ruszającej koparki. Jeśli co najmniej dwa punkty z trzech się tu zgadzają, możesz z czystym sumieniem mówić znajomym, tuż po starciu spermy z kącików ust, że jesteś osobą tolerancyjną.

Peace and Love!

Jak się ubrać?

Kwestia ubioru jest niezwykle ważna. Dzięki niemu będziemy mogli lepiej odnaleźć się w swojej grupie i zaaklimatyzować się w niej. Powinniśmy zwrócić uwagę nie tylko na sam ubiór, ale też różnego rodzaju dodatki, które dodadzą nam szyku.

W przypadku patriotów ubiór jest bardzo prosty, aczkolwiek zależy od wieku. Osoby poniżej 35 roku życia (a więc także studenci), powinni nałożyć dresowe spodnie, bluzę z wielkim napisem POLSKA, buty Adajbas oraz czapkę kominiarkę. Z kolei jeżeli dożyliśmy sędziwego wieku 35 lat i zdążyliśmy już na emeryturę policyjną, strażacką lub górniczą, powinniśmy pojawić się we wzorzystym swetrze oraz startych dżinsach. Bardzo dobrze komponować się będą tu buty typu lakierki, które ostatni raz nałożyliśmy z okazji swojego wesela.

Ubiór prawdziwych patriotów nie jest zbyt wysokich lotów

Najlepsze dodatki dla tradycjonalistów to wielkie biało-czerwone flagi, kije bejzbolowe, kawałki bruku wyjęte prosto z chodnika oraz butelki po piwie. W trakcie trwania marszu warto postarać się o zdobycie ostatniego krzyku mody – kawałków wozu transmisyjnego, który potem będziemy mogli zachować na pamiątkę lub sprzedać na allegro.

Ciekawe pamiątki nie zawsze pochodzą z Lichenia

Jeśli jednak zamierzamy być w opozycji i wybraliśmy manifestację otwartości i tolerancji, powinniśmy ubrać się jak kawał gówna. Kolorowe swetry, wyciągnięte spodnie to tylko okrycie wierzchnie. Ma sprawić, że nie odmarzną nam przystrzyżone w piękny wzorek jaja/cipki. Na nogach powinniśmy mieć trampki kosztujące 200-500 zł, które nawołują do bojkotu wielkich koncernów oraz anarchii. Wyżej panuje wolna amerykanka : miej na sobie co chcesz, ale przykryj to mnóstwem szali. Koniecznie musisz mieć też jak największe okulary. Chuj, że nawet nie masz wady wzroku, pod samochód się nie wpierdolisz, bo policja zablokowała wszystkie ulice w mieście.

Kolorowa niepodległa - rycina artysty

Gustowne dodatki w tym przypadku to iPod, iPhone, Macbook, kubek z kawą ze StarBucksa oraz gumowy penis, który uprzejmi Wam udział w marszu. Przydadzą się też wielkie czerwone oraz tęczowe flagi. Nie martw się tym, że nie wiesz, co one oznaczają. Grunt, że dobrałeś je pod kolor oczu.

Co robić?

Po przyjściu na marsz obie strony bawią się tak samo. W dobrym guście jest napierdalanie się, darcie ryja i niszczenie otoczenia. Szczytem dobrej zabawy jest pobicie losowych osób z powodu różnic w przekonaniach bądź spalenie wozu transmisyjnego. Jak widać, nie sposób jest się nudzić, dlatego wszystkich zapraszamy do wspólnej zabawy!

Nieodłączną częścią imprezy jest bal maskowy, 
w którym udział może wziąć każdy

Redakcja Pulsu Politechniki